Aleksandryjska Corniche
O współczesnej Aleksandrii nie sposób pisać w oder-waniu od jej przeszłości. Tradycje, elementy historycz-ne, ocalałe do dziś zabytki zbyt mocno łączą się z ży-ciem miasta, zbyt silna jest więź teraźniejszości z burz-liwą i barwną epoką minioną. Miasto, na którego po-wstanie złożyła się kultura grecka, rzymska i arabska, jest tworem niejednolitym, skupia wiele pierwiastków od siebie niezależnych, ale zarazem współgrających, harmonijnie ze sobą splecionych, składających się na obraz jedyny i niepowtarzalny.
Miasto rozciąga się wzdłuż zatoki, głęboko wrzynają¬cej się w ląd. Aleksandria była i jest przede wszyst¬kim portem. Tym też pewnie należy tłumaczyć, że nie rozrastała się nigdy w głąb lądu, a może także tym, że na swym zapleczu ma łańcuchy wapiennych wzgórz, a tuż za nimi Pustynię Libijską. Trzyma się więc upor¬czywie wybrzeża morskiego. Zabudowana jest nieregu¬larnie i rozmaicie. Dzielnica sąsiadująca ze skalistą wys¬pą Pharos była kiedyś centrum miasta. Tylko obecnie Pharos łączy z lądem stałym grobla, dzieląca zatokę na część zachodnią i wschodnią. Po zachodniej stronie grobli mieszczą się urządzenia portowe, część wschodnia zatoki stanowi przystań kutrów rybackich. Część za-
chodnia miasta to dzielnica portowa zamieszkana przez ubogą ludność arabską, część wschodnia to dzielnica
0 charakterze europejskim, nowoczesnej zabudowie
1 wielkomiejskich założeniach.
Corniche, czyli nadmorski bulwar, biegnie wzdłuż całej długości miasta, a więc prawie trzydzieści kilo-metrów. Jego betonowe ocembrowanie i rozbijające siłę morskiej fali głazy chronią miasto przed groźnym ży¬wiołem. Corniche jest arterią, łączącą krańce rozległego miasta, stanowi więc ruchliwą, uczęszczaną trasę. Usy¬tuowano nad nią najpiękniejsze kawiarnie, restauracje, kasyna i hotele. Przy Corniche wznoszą się najpiękniej¬sze i najbogatsze domy. Corniche wreszcie jest wyma¬rzonym miejscem spaceru. Zbudowana niedawno, bo w pierwszych latach naszego stulecia, wrosła w miasto, stanowiąc dziś jeden z najbardziej atrakcyjnych jego elementów. Stąd rozciąga się wspaniały widok na mo¬rze, a na Morze Śródziemne naprawdę warto spoglądać. Niezapomniana jest gra barw o zachodzie, przepiękne wschody słońca nad zatoką. W czasie sztormu wczoraj jeszcze łagodna, spokojna tafla ciepłego szafiru burzy się i gotuje, aż na jezdnię Corniche wyskakują fontan-ny spienionej brunatnej wody, morze szumi i ryczy, niespokojne i zagniewane. Zły to czas dla statków, nie-bezpieczny dla drobnej czeredy rybackich barek. Dro-gowskazem w taki czas nieprzychylny i burzliwy jest mrugające światło latarni morskiej, cierpliwie wysyła-jącej świetlne wezwania, niby znak pamięci o zbłąka-nych i zagubionych na morzu wędrowcach.
Jeżeli dzisiejsze czasy uznają celowość latarni mor-skiej, to jakąż wartość przedstawiała latarnia na Pha-ros dla żeglarzy starożytnych, których wiódł przezzdradzieckie wody nie radar, lecz gwiazdy!? Zdani na kapryśne wiatry, nastawiający swe żagle na ich zmien-ne podmuchy, płynęli z wiarą w swe siły i szczęśliwy los. Latarnia morska była ich jedynym drogowskazem i przyjacielem w nierównej walce z burzliwym mor-skim żywiołem.
Budowę latarni morskiej projektował Aleksander Wielki równocześnie z planami miasta. Do realizacji doszło jednak dopiero za panowania Ptolemeuszy, ściś¬le za Ptolemeusza Filadelphosa. On to również święcił w 279 r. p.n.e. triumf z racji jej ukończenia i oddania do użytku, obchodzony równocześnie ze świętem ku czci jego rodziców — Ptolemeusza Sotera i Bereniki. Kiedy starożytni bilansowali swój dorobek, włączyli la¬tarnię na Pharos do siedmiu najlepszych dzieł, do sied¬miu cudów świata*.
Jakaż więc była? Przede wszystkim, jak na owe cza¬sy, ogromna, bo licząca 120 m wysokości. Składała się z trzech kondygnacji. Pierwsza, najwyższa, bo sześć-dziesięciometrowa, stanowiła podstawę i miała formę prostopadłościanu, zakończonego w górze tarasem, zdo¬bnym w pięknie rzeźbioną balustradę, z czterema mon¬strami morskimi z brązu, ustawionymi w rogach. Kon¬dygnacja druga, 30 m wysoka, była ośmiościenna, trze¬cia wreszcie, 23 m wysoka, miała kształt cylindryczny. W jej części środkowej otoczonej kolumnadą znajdowa¬ło się palenisko.
Na szczycie ostatniej kondygnacji, przykrytej kopułą, widniała olbrzymia — siedmiometrowa — postać ku¬tego w brązie Posejdona.
Opał wciągano za pomocą specjalnych dźwigarów. Płonął całą noc, śląc blask w ciemność. Dokoła ogniska
miały być ustawione wklęsłe metalowe zwierciadła, które zwielokrotniały siłę płomienia. Światło latarni aleksandryjskiej widoczne było z odległości 30 km. Ów majstersztyk techniki zadziwiał współczesnych, a twórca jego, Sostratos z Knidos, zyskał sobie nie-chybnie nie tylko poklask i uznanie społeczeństwa, ale także łaskę królewską. Wkrótce latarnia morska stała się symbolem miasta, dumnego z posiadania tak pię¬knej i użytecznej budowli. Opiewali jej piękno i do-skonałość liczni poeci, a sława jej rozchodziła się po całym ówczesnym świecie.
Mijały wieki, nad miastem przechodziły burze wo-jenne, zmieniali się władcy na egipskim tronie, a latar-nia na Pharos dalej słała swe światło, ratując życie nie¬jednego śmiałka.
Pierwszemu zniszczeniu uległa w II wieku n.e., kie¬dy to runęła najwyższa część. Właściwy kataklizm spotkał ją jednak dopiero około roku 700. Legenda mówi, że stało się to za sprawą jednego z cesarzy bizantyjskich, przez wiele lat na próżno usiłującego zdobyć Aleksandrię. Miasto było już wtedy od paru dziesiątków lat pod panowaniem arabskim i krążyła uporczywa pogłoska, że portu broni „czarodziejskie zwierciadło", umieszczone na szczycie latarni, wykry-wające i niszczące obcą flotę. Cesarz postanowił więc zniszczyć latarnię i uknuł straszliwy podstęp. Wysłał mianowicie zaufanego sobie człowieka, który wkradłszy się w łaski panującego wówczas kalifa, zwierzył mu się z posiadanej tajemnicy. Tajemnicą była wiadomość o miejscu ukrycia skarbca Aleksandra Wielkiego. Skar¬biec ten miał się rzekomo znajdować pod murami la¬tarni na Pharos.
Kalif, uwierzywszy naiwnie w opowiadanie bizan-tyjskiego agenta, podniecony pragnieniem zdobycia wielkiego bogactwa, nie związany historią, tradycją,
uczuciem czy nawet tylko względami ekonomicznymi z greckim miastem, przystąpił do rozbiórki latarni. Nim zdołano mu wytłumaczyć, że padł ofiarą podstępu, dwie górne kondygnacje budynku leżały na dnie morza. Te¬raz Pharos była tylko okaleczonym kikutem pierwotnej pięknej wieży.
Około 880 roku próbował rekonstruować wieżę ów-czesny władca, Ibn Tulun. Dobudowano nawet część ośmiobocznej środkowej kondygnacji. Zrobiono to jed¬nak nieudolnie i niedbale.
Trzęsienie ziemi w 1100 roku zniszczyło prawie osta¬tecznie piękne dzieło starożytnego świata; pozostała tylko dolna, podreperowana trochę kondygnacja. Zawa¬liła się jednak ona całkowicie w czasie następnego trzę¬sienia ziemi, które nawiedziło wybrzeże egipskie ze szczególnie wielkim natężeniem w wieku XIV.
Panowanie Arabów na ziemi egipskiej stworzyło Kair, stolicę tej ziemi. Aleksandria, miasto o tradycjach greckich, została potraktowana drugoplanowo, niechęt¬nie. Ale dla latarni na Pharos Arabowie żywili wielki podziw, wyrażający się w licznych na jej temat legen¬dach, podaniach, wierszach. Skłonni do fantazji baśnio¬wej, rozmiłowani w bogatych, barwnych opisach, snu¬jących się niby paciorki kolorowego naszyjnika, oto¬czyli latarnię aleksandryjską nimbem piękna, wspania¬łości i nadprzyrodzonych wartości, jakie Wschód tylko mógł wymyślić na ulubiony przez siebie temat. Nie bę¬dziemy ich tu powtarzać, mają charakter bajeczny i więcej w nich fantazji niż prawdy. Warto tylko zaznaczyć, że chociaż zawalona, zniszczona, okaleczała, w tradycji zdobywców przechowała się w całej swej urodzie i wielkości, stanowiąc jeden więcej triumf swo¬jej epoki.
Po trzęsieniu ziemi w XIV wieku Pharos przez bli-sko 100 lat przedstawiała się jako jedno wielkie rumo-
wisko. Dopiero w 1480 roku ówczesny władca Egiptu, sułtan Keit Bey, na miejscu latarni wzniósł warowny zamek, stanowiący jeden z fragmentów fortyfikacji nadbrzeżnej, powstałej dla obrony przed inwazją tu-recką.
Keit Bey był człowiekiem ambitnym, dbającym nie tylko o stronę użytkową wznoszonych przez siebie bu-dynków czy fortec, ale także o ich wartość artystyczną, która zachowałaby jego imię w pamięci potomnych. Dlatego też i zamek na Pharos, noszący dziś imię swe¬go twórcy, wywiera na widza duże wrażenie.
Z centralnego miejsca miasta, dzisiejszego placu Zaghlul, widok na wschodnią część zatoki jest napraw-dę wspaniały i urzekający. Corniche tworzy w tym miejscu ostre zakole, widoczna jest więc na dużej prze¬strzeni. Spoza obmurowania dochodzi pomruk morza, mieniącego się zielenią, szafirem, posrebrzonego przez słoneczne promienie. W dali bieleje zamek, odbijając rozświetlonymi przez słońce płaszczyznami murów od olbrzymiej wodnej tafli. U jego stóp kołyszą się niefra¬sobliwie łodzie rybackie i sportowe żaglówki, na hory¬zoncie sunie siwa sylwetka statku handlowego. Ta pa¬norama utkana jest ze złota i szafiru, kontury jej rysu¬ją się ostro i wyraźnie, nie zaciera ich żaden cień, ża¬den obłok. Niebo jest jednolicie błękitne, morze ma ko¬lory intensywne, biel jest tak biała, że nie sposób spoj¬rzeć na nią bez przymrużenia oczu.
Cały zespół obronny na wybrzeżu portu wschodniego w Aleksandrii przebudowano w pierwszej połowie XIX wieku na polecenie kedywa Mohameda Alego. Zamek Keit Bey, jako fort obronny, pozostał nadal zamknięty dla publiczności, a więc nadal nie znany. W 1882 r., podczas bombardowania Aleksandrii, doznał poważnych uszkodzeń i przez długie lata trwał potem w zaniedba¬niu.
Dopiero ostatnio, uznany za cenny zabytek architek¬toniczny, został wzięty pod opiekę władz konserwator¬skich i otoczony właściwym staraniem.
Aleksandrię można by podzielić na trzy dzielnice: centrum, dzielnica zachodnia — arabska i wschodnia — o charakterze nowoczesnym.
Centrum miasta, jak i pozostałe dzielnice zbiegające ku morzu i grobli prowadzącej na Pharos, ma zabudo-wę typową dla schyłku wieku XIX i początku naszego stulecia. Kamienice trzy — czteropiętrowe, zabudowa zwarta, ulice raczej wąskie, niewielkie chodniki wzdłuż domów, partery zajęte przez sklepy, w podwórkach magazyny, garaże, warsztaty mechaniczne, pracownie krawieckie itp. Architektura nieciekawa, schyłkowa, jednostajna. W tej części miasta znajdują się banki, urzędy państwowe, kantory wymiany. Tu kwitnie han-del, mieszczą się najlepsze sklepy, przede wszystkim greckie i włoskie, ale także arabskie, syryjskie, armeń¬skie. Tutaj także skupiają się lokale rozrywkowe, kina, restauracje, kawiarnie. Od rana do późnych godzin noc¬nych ta właśnie dzielnica tętni życiem, tutaj przycho¬dzą elegantki „pospacerować" po ciasnych ulicach, za¬demonstrować nowe stroje, uczesania, tutaj można spo¬tkać znajomych zmierzających dokądś lub też skądś wracających. Jednym słowem tu jest serce miasta, go¬rące, tętniące życiem i gwarem.
Ta dzielnica podtrzymuje jeszcze stare tradycje mia¬sta grecko-rzymskiego, dzisiaj europejskiego, tu bo¬wiem najwięcej bywa cudzoziemców.
W przeciwieństwie do centrum dzielnica zachodnia, portów*, jest domeną wyłącznie arabską, i to zamiesz-kaną przez biedną ludność miejscową. W miarę posu-wania się w głąb uliczki stają się coraz węższe i ciaś-
niejsze, bardziej kręte i zawiłe. Stare kamieniczki ciągną się jedna za drugą, wciskają na ulicę nad-wieszkami balkonów tak, że wystarczy dać jeden krok z balkonu na balkon przeciwległy. Okna wąskie, za¬wieszone szmatami lub — rzadziej — zasłonione ża-luzjami, nie dopuszczają do wewnątrz natarczywych promieni. Na uliczkach panuje cień, słońce nie ma do nich dostępu. Przepaściste bramy prowadzą w głąb podwórzy, ciągnących się jedne za drugimi na kształt labiryntów, w które łatwo jest wejść, lecz wyjść prawie nie sposób. Życie skupia się na tych podwór¬kach i na ulicy. Tu się gotuje, pierze, pracuje, handlu¬je, tu się śpi i modli do wielkiego Allacha. Malowni-czość i urok egzotyki mają gorzki posmak ubóstwa, życie ogranicza się tu do wegetacji, zarobek do paru piastrów, wystarczających na garść fasoli lub suszo-nych daktyli. Dzieci prześliczne, ale bose. Nad tą dzielnicą dominują dwa potężne i jakże wymowne pomniki: jeden z najpiękniejszych w całej Aleksandrii meczetów — pomnik wzniesiony bogu; drugi, pałac Ras el Tin — pomnik władzy doczesnej. Dziś jest już zabytkiem historycznym. Być może wkrótce i opisana wyżej dzielnica przestanie straszyć ubóstwem, być może znikną niesprawiedliwości narosłe w tym kraju od setek i tysięcy lat. Wprawdzie nędza pod błękitnym afrykańskim niebem jest barwna i przedstawia kuszący temat dla malarza, wprawdzie kramy złocą się połud¬niowymi owocami, oryginalność stroju i kolorowe, brzęczące błyskotki pociągają odrębnością i swoistym pięknem, ale jednak w sumieniu coś dręczy. Nawet mo¬rze jest w tej dzielnicy odmienne. Pobliski port zaśmie¬ca je, płyną więc niesione falami ku brzegowi resztki pakuł i papierów, na wodzie błyszczą tłuste rozlewiska smarów, z magazynów przyportowych zionie zaduchem. Plaże są kamieniste i nie uporządkowane, usiane od-padkami. Z pewną ulgą wychodzimy więc na Corniche, kierując się ku wschodniej części miasta.
Znów stoimy na placu Zaghlul, na wprost bielejącego Pharos, tym razem spoglądając ku zachodowi. Ukazuje się nam jakby drugie miasto, tak w niczym niepodobne do tego, któreśmy przed chwilą widzieli, iż nie sposób pogodzić się z myślą, że to, cośmy pozostawili, i to, co mamy przed sobą, stanowi jedno miasto — Aleksan¬drię. Znikły gdzieś, jakby za dotknięciem czarodziej¬skiej różdżki, ciemne zaułki. Jadąc wolno bulwarem mamy po lewej ręce morze, a po prawej — jasne, lśnią¬ce czystością domy, bogate, nowoczesne, z loggiami, balkonami, kolorowymi żaluzjami, wewnątrz wykłada¬ne marmurem, z klatkami schodowymi pełnymi luster i ozdobnych roślin. Windy mkną szybko i bezszelestnie, bo któż by drapał się na ósme czy dziesiąte piętro; do¬zorcy domów spacerują z godnością przed domami, pil¬nując porządku, bądź siedzą na krzesełkach, paląc nar-gile. Mieszkańcy tej dzielnicy ubrani są dostojnie i czy¬sto, ciszę mącą tylko klaksony samochodów i wieczny szum morza.
W tej części miasta znajduje się piękna i rozległa dzielnica uniwersytecka Szatbi i Mazarita; w dzielnicy Mazarita mieszczą się zagraniczne placówki i wielkie, wolno stojące bloki mieszkalne; dalej, w części miasta zwanej San Stefano, zabudowa jest rozproszona i rzad¬ka. To dzielnica will, jeśli nie nazwać jej dzielnicą pałaców, otoczonych pięknie utrzymanymi cienistymi ogrodami. Trudno się w nich dopatrzyć stylu, bo wiel-ka panuje tu różnorodność. Wspólny charakter mają tylko ogrody. Otoczone siatką, przysłoniętą jeszcze matami, bronią mieszkańców przed ciekawością prze-chodnia. Ale z piętra wagonu kolejki szybkobieżnej można dojrzeć w głębi piękne pergole, zaciszne zakątki, sadzawki, tarasy.
W tej dzielnicy mieszkają zarówno cudzoziemcy, jak i arabska elita — przemysłowcy, handlowcy, właści¬ciele ziemscy.
A nad brzegiem morza — barwne, malowniczo urzą¬dzone plaże. Dominuje zazwyczaj budynek, w którym znajdują się szatnie, natryski, wygodnie urządzona ka¬wiarnia na piętrze z pięknym widokiem na morze. Na skąpej plaży, bo wybrzeże aleksandryjskie jest skaliste i piasek przeważnie przywozi się spoza miasta, pod barwnymi parasolami zasiada przy stolikach publiczność zamożna, w eleganckich kostiumach. Mężczyźni sączą przez słomkę chłodzące napoje, panie trykotu ją zawzię¬cie, raz wraz spoglądając na pluskające w płytkich ba-senach dzieci. To plaże „prywatne", choć należałoby raczej powiedzieć — „zamknięte". Bo są jeszcze plaże miejskie, z wolnym wstępem i nieco skromniejszym wyposażeniem. Parasole widać jednak wszędzie; w le-cie, w tym klimacie nie można, jak u nas, siedzieć na słońcu, trzeba przed nim uciekać, a pobyt na plaży ma sens o tyle, że znad wody niesie się rześki podmuch, podczas gdy duchota panująca w mieście przygniata i męczy.
W naszej wędrówce po słonecznej Corniche, wijącej się niby połyskliwa wstęga, mijamy mknące w jedną i drugą stronę samochody, autobusy, dorożki. Zbliżamy się wreszcie do wschodniego krańca miasta i stajemy przed potężnym założeniem parkowym. To druga kró-lewska rezydencja na terenie Aleksandrii — Montaza. O ile jednak położony na zachodniej granicy miasta Ras el Tin jest majestatycznym pałacem, z wielkim dziedzińcem, otoczonym pawilonami, z własną stacją kolejową i portem, o tyle Montaza stanowiło raczej rezydencję letnią królów Egiptu. Okazały, acz wy-jątkowo szpetny pałac wznosi się wśród przepięknego ogrodu. Dokoła pałacu ciągną się starannie utrzymane
trawniki o zielonej, soczystej trawie, kwietne rabaty, szpalery migdałowców, lauru i bukszpanu. Potężne daktylowce o prostych, smukłych pniach wyglądają niczym rzędy kolumn. Zagajniki gazuariny oddzielają część parkową od plaży i zatoki. Ile zachodu wymaga utrzymanie roślinności na piaszczystym stoku, wie tylko mieszkaniec tego .kraju. Żadna, najmniejsza nawet roślinka nie jest zdolna zapewnić sobie sama wegetacji. Nie podlewana, nie pielęgnowana, nie otoczona naj¬większą troskliwością nie wytrzyma palących promieni słonecznych, zginie z pragnienia. Sztucznie trzeba więc podtrzymywać nie tylko zieleń trawników, ale nawet gazuarinę. Cały skomplikowany system nawadniający dzieli zagajnik na małe kwatery. Każdemu drzewu dostarcza się codziennie odpowiedniej porcji wody. Trawniki i kwietniki spryskiwane są wodą dwa razy dziennie, niezależnie od tego wzdłuż alejek biegną zamaskowane zręcznie rowki, doprowadzające wodę i utrzymujące odpowiedni dla roślin jej poziom w gle¬bie. Mrówcza to praca utrzymanie tak wielkiej po¬wierzchni w stanie kwitnącym.
Park przedstawia atrakcję dla spacerowiczów, plaża, najpiękniejsza w całej Aleksandrii, uczęszczana jest tylko przez najzamożniejszą ludność miasta, wieczorem zaś ściągają do pałacu amatorzy silnych wrażeń, teraz bowiem mieści się w nim kasyno gry. Tak zmienna jest kolej rzeczy — pałac króla egipskiego zamieniony na włoskie kasyno.
Wracamy kolejką elektryczną biegnącą równolegle do Corniche, łączącą wschodnią część miasta z jego cen¬trum. Kolejka biegnie na powierzchni, raz tylko niknie w krótkim tunelu. Charakterystycznym szczegółem, któ¬ry bawi wszystkich turystów, jest jej sygnał, wygry¬wany przez konduktorów na małych, mosiężnych roż¬kach. Brzmi to jak miauczenie kota: miau, miau...
Znów mijamy ciche, zamożne wille, ukryte w ogro-dach, znów przesuwają się przed naszymi oczami po-tężne, mieszkalne bloki. Wysiadamy wreszcie, kieru-jąc się teraz w głąb miasta, na południe.
Idziemy wzdłuż murów cmentarnych. Są to założone w XIX wieku cmentarze, wyrosłe poza średniowiecz-nymi murami miasta. Bo Aleksandria, wyludniła się ogromnie we wczesnym średniowieczu i mury obronne, powstałe w tym okresie czasu, do dziś wytyczają jej ówczesny zasięg. Z murów pozostało zresztą niewiele. Dzisiaj zastąpiły je zieleńce, a ustawione wśród nich ławki i wytyczone aleje zachęcają do przechadzki lub miłego odpoczynku. Ciągną się więc pięknym sierpo-watym półkolem, stanowiąc ozdobę współczesnego miasta.
Dużo zmieniło się w Aleksandrii w ostatnim stuleciu, a więcej jeszcze może od czasu rewolucji 1952 roku.
Notowana w starych przewodnikach arabska dzielni¬ca El Wardian znikła bezpowrotnie. Powstało tu no¬woczesne osiedle robotnicze, zbudowane według wszel¬kich zasad higieny i estetyki, ze zrozumieniem potrzeb robotnika. Europejczyka zdziwiłoby może, że okna po¬koi sytuowane są na północ, że każdy otwór okienny czy drzwiowy zaopatrzony jest w żaluzje. Wymaga tego klimat i właśnie mieszkania o północnej orientacji są najbardziej poszukiwane.
Znikły rozlewiska jezior — Hadra i Mareotis. Osuszo¬ne tereny zajmują dziś nowe osiedla, lotnisko, podmiej¬skie plantacje.
Na miejscu starego wyrasta nowe, lepsze. Wraz ze zmianami politycznymi zmieniają się stosunki społecz-ne, zmienia się oblicze miasta. Powstaje budownictwo socjalne — szpitale i szkoły rosną we wszystkich dziel-
nicach. Rosną jak grzyby po deszczu na bogatym pod-łożu starej tradycji, minionych kultur, dawnych epok.
Cywilizacja dwudziestowieczna strzela w niebo dra-paczami, lśni asfaltowymi nawierzchniami jezdni, błysz¬czy kolorowym światłem neonów. Wśród niej cicho śpią uszanowane przez społeczeństwo stare greckie ne¬kropole, resztki średniowiecznych murów, ocalałe mimo burz dziejowych samotne, rzymskie kolumny.